Niedziela palmowa i powrót

2005.03.22

niedziela palmowa w limie, procesje, palemki, mydlane bańki, pekające przed moimi oczami jak ta kończąca się własnie wyprawa …. niesamowite muzeum broni i złota, ostatnie zakupy …. caipirinia ktora wstyd nazwac caipirinia, raczej pisco z lodem….. 4 godziny w samolocie…. duchota i lepkie powietrze antyli holenderskich, bonaire …. 9 godzin w samolocie, klima shiphol amsterdam … 2 godziny w samolocie i kurwa jak tu zimno w tej polsce

jet lag daje sie we znaki, przewalalm sie do 4 rano na lozku nie mogac zasnac …. od dzis znow za biurkiem . shit

Lima

2005.03.19

ponownie lima, upal, wilgotnosc, ubranie lepi sie do ciala, nie ma czym oddychac. zdecydowanie wole gorski klimat do ktorego juz zdolalem przywyknac. tradycyjnie hotel espana, akurat w remoncie ale nadal fascynujacy, kosciol sw franciszka, katakumby, menu dnia za 5 soli, a zaraz zimne piwko … moze wtedy odzyje. na razie przesiaklem potem i trupiarnia (patrz katakumby)

machu picchu

2005.03.18

zaczelo sie od skroconej wersji inca trail. wysiadam na 104 km lini kolejowej i stamtad zaczynam calodiowy treking do maczu picchu. najpierw droga ostro pnie sie w gore w pelnym sloncu, jest ciezko, upranie mokre lepi sie do ciala, idzie sie ciezko. Potem nagle ku mojemu zskoczeniu krajobraz zmienia sie nagle w typowo dzunglowaty i jest juz taki do konca, wodospady, liany, doprowadzaja mnie az do bramy slonca. stamtad na horyzoncie pojawia sie juz machu picchu. jeszcze okolo polgodzinne zejscie i jestesmy przy ruinach akurat na zachod slonca. potem 8 kilometrowe zejscie do aquas calientes na nocleg.

Z rana nim pierwszym pociagiem zjawia sie tlumy turystow, ekplorujemy ruiny, potem ponownie brama slonca, wspinaczka na hyuanapicchu i ponownie zejscie do aquas. nie wiem ile mam przez te dwa dni w nogach, ale ich nie czuje…

jutro samolot do limy, pojutrze do domu

Święta dolina Inków

2005.03.17

calodniowy wypad do swietej doliny inkow. najpierw ruiny pisac, ladnie polozone na wzgorzu, otoczone tarasami uprawnymi, potem ollantaytambo kolejna twierdza-swiatynia, wokol uprawne tarasy, pola, a wkolo osniezone szczyty. oszalamiajace widoki.

Cusco

2005.03.16

Miasto nie przypomina mi zadnego widzianego dotychczas, w zasadzie same waskie brukowane uliczki, idace w gore i w dol i przecinajace sie pod roznymi dziwnymi katami. mnostwo kosciolow, wspaniala katedra, czarny jezus, znow protesty ! i wszechogarniajaca komercha, niestety …

Ubrane w tradycyjne stroje babcie ciagnace za soba lamy na sznurkach, dzieciaki z papugami na glowach spiewajace piosenki dla 1 sola, prawdziwi indianie wypatrujacy zapewne plam na sloncu, na widok kazdego zblizajacego sie turysty, baaaa nie zdziwilem sie nawet gdy zaczpil mnie koles na ulicy i probowal sprzedac pocztowke z moja wlasna osoba !!! ladnie skomponowana lama, maczu piczu, katedra i ja no i oczywiscie podpis cusco-peru. WTedy dopiero zczailem czemy jeden koles ganial pod katedra jak glupi z aparatem i pstrykal zdjecia kazdemu turyscie z nienacka. ehhhh nawet lama ma w kazdym uchu kolorowa wstazeczke, no coz … moze jutro bedzie lepiej w swietej dolinie inkow.

Copacabana

2005.03.15

Autobus do Copacabany dotarl punktulanie, tym razem obylo sie bez strajkow. tylko pogoda nie dopisywala. cala droge padal deszcz, a w copa tez bylo nie lepiej. Kiedy tylko ustalo meczaca wspinaczka na niewysokie wzgorze, ze stacjami drogi krzyzowej gorujace nad miastem. pipekne widoki, jezioro, slonce.

Koljeny dzien caly spedzony na wodzie. najpierw wyspa slonca, ruiny, male senne miasteczko, potem wyspa ksiezyca i kolejne ruiny, dochdze do wniosku ze plywanie to nie dla mnie, nudne i czasochlonne. zaliczyc dwie wyspy w 8 godzin ehhh

kolejny dzien szwedania sie po miescie, katedra cos a´la nasza jasna gora, pisco i spadowa do Cusco.

Droga Śmierci

2005.03.13

zaczelo sie od la cumbre, w kolo same osniezone szczyty, lamy, troche mgly, a moze to po prostu chmury bo wysokosc prawie 4700 mnpm. dostajemy kask, rekawice, pomaranczowa kamizelke i fruuu zaczyna sie istny downhill. do pokonania ponad 64km roznice wysokosci ponad 3000 metrow.

Na poczatku droga asfaltowa typowo gorska, przez pierwsze 30 minut nie trzeba pedalowac, pochylam sie i z predkoscia ponad 60km/h pruje w dol, trzeba uwazac tylko na zakretach, czychaja przepascie i wyjezdzajace ciazarowki, czasami psy. niesamowite widoki, oszalamiajaca predkosc, adrenalina, taka droga jedziemy prawie godzine.

Potem konczy sie asfalt, zaczyna sie najniebezpieczniejszy odcinek drogi, zaczyna sie dzungla, wodospady, kamienna, blotnista i waska droga. z jednej strony sciana z drugiej przepasc momentami siegajaca 900 metrow. wszystko spowite mgla, czasami kropiacym deszczem. droga momentami przypomina bajoro, bloto, woda, kamienie, co chwila mijamy przydrozne krzyze – to ci ktorych pochlonela przepasc. Za zakretow wyjezdzaja olbrzymie ciezarowki, ktore niemal cudem manewruja nad przepasciami. Po dwoch godzinach takiej drogi zmienia sie krajobraz

Teraz droga staje sie szersza, sucha, piaszczysta, ciezarowki i jadacy przedemna wzbudzaja tumany kurzu, momentami nic nie widac. z masce na twarzy i okularach pruje niemal na slepo w dol ponownie z predkoscia ponad 60km. Po kolejnych 2 godzinach takiej jazdy docieramy do celu naszej wyprawy.

Hamulce rozgrzane do czerownosci wydzialaja niemily smrodek, brudny w blocie od stop do glow, ale szczesliwy, to zdecydowanie jedna z najlepszych przygod mego zycia.

Lepperiada

2005.03.10

planowanie w tym momencie czegokolwiek mija sie z celem, ciagle blokady drog, pojawiaja sie i znikaja. dzis jadac do tiwanaka, nadrabiamy kilkanascie kilkpmetrow przez pola, cmentarze itp. drogi poblokowane, pozasypywane kamieniami, przy drogach slady po palonych oponach…

Tiwanaku to najwaznijeszy obiekt archeologiczny boliwii, brama slonca te rzeczy …

jutro rowerowy zjazd groga smierci co coroico.
roznica wysokosci niemal 3000 metrow, ladny downhill, zobaczymy jak to wyjdzie w praniu…

La Paz

2005.03.09

Trwajace kilka ostatnich dni strajki i blokady drog przez gornikow, spowodowaly poddanie sie przezydenta do dymisji. W efekcie nie chciano nam w PUno sprzedac biletow do LaPaz, poniewaz drogi poblokowane, dotarlismy zatem do Copacabany. Male senne miasteczko nad brzegiem jeziora titicaca, klasztor. Stad lapiemy autobus do LaPaz, poniewaz okazalo sie ze blokady zostaly usuniete. Na przedmisciach LaPaz prosza nas o zasloniecie zaslon w autobusie dla bezpieczenstwa, mijamu dwie usypane z glazow prawie metrowe blokady, kilka mniejszych i mnostwo porozsypywanych kamieni na ulicach. przy blokadach wojsko itp. Ale w koncu docieramy do cetrum miasta.

LaPaz lezy na stokach kanionu, wszedzie tu jest pod gorke albo z gorki po brukowanych uliczkach. Sa dzielnice biedoty, sa tez wille, wiezowce, jedna wielka metropolia z harakterem. Wieczorem w hotelu dosc nietypowe spotkanie z Wojciechem Cejrowskim, trudno sobie wyobrazic lepsze miejsce na spotkanie hehe

Dzis rano dolina ksiezycowa i do wieczora w planach szwedanie sie po uliczkach, targ czarownic. itp

Lake titicaca

2005.03.08

Polozone na wysokosci 3800 metrow npm. od samej wysokosci mozna sie nabawic wysokosciowki a co dopiero polaczyc z choroba morska hehe. najpierw udajemy sie na plywajace wyspy Uros. sa to sztuczne wyspy zbudowane z trzciny, z trzciny sa tez zreszta domki, lodzie, wyglada to niesamowicie, choc troche traca komercha. dalej plyniemy niemal 3 godziny to stalej wyspy taquila. od przystani do wioski czeka nas podejscie po ponad 400 stopniach, pokonujac przy okazji zapewne kolejne metry. Mimo iz juz nie mam objaw wysokosciowych, bole glowy ustaly, oddech wrocil do normy, to po pokonaniu owych 400 stopni, mam krwotok z nosa, to zapewne kolejne obiawy hehe. Mieszkancy wyspy, nosza ciekawe stroje, mezczyzni nosza czapeczki z kolorywmi pomponami cos ala szlafmyca, ale w roznych kolorach. kolory czapek oznaczaja czy ktos jest zonaty czy wolny. kobiety nosza czarne chusty z pomponami, badz kolorowe sombrera wyszywane olbrzymimi pomonami. zycie toczy sie tutaj powoli.

jutro miala byc Boliwia.. ale widze ze jakies zamieszki tam sie szykuja..